Google+ Badge

piątek, 20 września 2013

ZAWIESZAM

NIESTETY ZAWIESZAM BLOGA, BO PO PIERWSZE NIE MAM CZASU NA PISANIE, MAM MNÓSTWO ZAJĘĆ. I WIECIE, NIE MAM KIEDY ZAJMOWAĆ SIĘ BLOGIEM. 
NIE WIEM CZY KIEDYŚ TU WRÓCĘ, ALE DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE CZYTALIŚCIE.
POZDRAWIAM. :) I PRZEPRASZAM.

czwartek, 12 września 2013

Rozdział 5 - " Opadamy w nicość "

Obudziłem się. Annabeth już nie było u mojego boku, pewnie poszła do domku wcześniej, żeby jej rodzeństwo nie nakryło. Z naszej dwójki ona była najrozsądniejsza, a to w sumie dobrze. Czasami mam wrażenie, że bym bez niej sobie nie poradził. Gdyby tylko się o tym dowiedziała, to bogowie... Miałbym przerąbane. Łagodnie mówiąc. Myślami byłem wciąż przy wspólnej nocy. Było wspaniale. Przy Ann zawsze czułem się taki... wyzwolony.
Powoli zacząłem się ubierać. Włosy miałem w nieładzie i sądząc po wyglądzie mojej twarzy w nocy musiałem się poślinić. Nienawidziłem tego. Wyglądałem wtedy jak bezdomny po spotkaniu z traktorem.
Byłem ciekawy jak się miewa George. Jeżeli odzyskał już przytomność, Chejron na pewno wypytał go o wszelkie szczegóły z jego życia. Zapewne na dzisiejszym ognisku zostanie od przedstawiony obozowiczom. Pamiętam jak prawie każdy się ode mnie odizolował, kiedy się dowiedzieli czyim dzieckiem był Tyson, a przy tym czyim bratem. Nie był to najszczęśliwszy moment mojego życia. Nie chciałem, aby on się powtórzył. Poza tym nie miałem ochoty się użalać nad sobą. W moim życiu przydarzyły mi się o wiele gorsze rzeczy, uwierzcie. Ale dobra, nie ważne.
Przebiegłem wzrokiem jadalnię w poszukiwaniu Annabeth. Nie dostrzegłem jej, ale kierując się do mojego stolika ujrzałem George'a. Siedział przy moim stoliku. No wspaniale. Czyli musiał powiedzieć o swoim pokrewieństwie ze strony ojca. Starałem się nie zwracać uwagi na dziwaczne spojrzenia i uśmieszki rzucane w moim kierunku przez obozowiczów. Szedłem przed siebie z wzrokiem utkwionym w jednym punkcie- George'u.
- Co tu robisz? - mruknąłem, może nieco nie zbyt przyjaźnie. Nie chciałem żeby to tak wyszło, samo tak jakoś mi się wymsknęło.
- Chwilowo jem. - odpowiedział nie patrząc w moją stronę. - Ale chyba już się najadłem...
Wstał od stolika zostawiając mnie samego."'Zapowiada się ciekawie", pomyślałem. Jeszcze ani razu ze sobą nie porozmawialiśmy, a już jesteśmy wrogami. Zapewne już wie, że jesteśmy spokrewnieni. Zabrałem się za grzebanie w jajecznicy z tostami.
Kiedy skończyłem postanowiłem zawitać do Chejrona, aby wypytać go o mojego przyrodniego brata. Brr, nie fajnie to brzmi. To znaczy, do Tysona się już przyzwyczaiłem, więc nie miałem problemu z nazywaniem go bratem, ale z tym "nowym" to już zupełnie inna sprawa. Był dla mnie kimś obcym. Dobra, nie ważne. W drodze do Wielkiego Domu domyśliłem się, że centaur jest zapewne na treningu, zapewne łucznictwa. Nie byłem dobry w tej dziedzinie, więc zwykle odpuszczałem sobie lekcje. Potrafiłem, zamiast do celu, trafić np. w nogę kolegi, a wtedy... cóż, popularności po takim incydencie mi nie przybywało.
Mimo wczesnej pory było niezmiernie gorąco. W tej chwili marzyłem tylko o tym, by zanurzyć się na zawsze w podwodnym świecie i nigdy się stamtąd nie wynurzyć. Tylko tam mogłem spokojnie myśleć.
Idąc, spotkałem Clarisse siedzącą samotnie na trawie i patrzącą martwo w jeden punkt, co nie było do niej podobne. Zwykle była pełna życia i każdego próbowała zabić.
- Cześć. - przywitałem się.
Spojrzała na mnie ponuro.
- Hej. - burknęła. - Czego?
- No, no widzę, że jednak humor dopisuje. A już myślałem, że ktoś podmienił nam naszą ukochaną Clarisse...
- To nie jest zabawne, gnojku. Zamknij się.
- Dobra. Mogę się przysiąść? - wzruszyła ramionami. - O co chodzi?
-A co cię to obchodzi?! - warknęła, ale po chwili się opanowała. - Przepraszam.
- Chodzi o twoją mamę? - zapytałem łagodnie.
- Coś w tym rodzaju. Chce abym do niej wróciła i żebyśmy zaczęły wszystko od nowa. A ja nie mam pojęcia co mam zrobić. Z jednej strony chciałabym, ale z drugiej coś mi podpowiada, żebym jej nie ufała. I to drugie jest silniejsze ode mnie. Nie potrafię jej wybaczyć tego, co mi zrobiła, jak mnie potraktowała. A teraz po tylu latach wraca do mnie z pokorną minką niewiniątka?! - głos się jej załamał.
- Rozumiem... Naprawdę.
- Wierzę. - westchnęła. - A co u ciebie?
- Co u mnie? - wytrzeszczyłem oczy.
- No wiesz... z braciszkiem - uśmiechnęła się krzywo. - Jak ci się z nim układa?
- Nie denerwuj mnie. Już mam w nim nieprzyjaciela. A jeszcze nawet się nie znamy. - pokręciłem głową.
- Czemu? Co takiego mu zrobiłeś?
- Właśnie chodzi o to, że nic. Nie wiem czemu mnie tak nienawidzi.
- Może powinieneś z nim pogadać i nieco zacieśnić relacje? - zaproponowała mi Clarisse.
- Taa... bo mi się uda.
- Mogę pójść z tobą jak chcesz.
- W sumie... - zawachałem się. - Co mi szkodzi.
Wstaliśmy, otrzepaliśmy się z ziemi i ruszyliśmy w stronę mojego domku, gdzie spodziewałem się znaleźć brata. Dziwiła mnie tylko to, że Clarisse była taka pomocna i miła. Zwykle skakaliśmy sobie do gardeł przy każdym spotkaniu. Wolałem nie wnikać w tą nagłą zmianę stosunku do mnie.
Mój domek niewiele wyróżniał się spośród pozostałych, z wyjątkiem zapachu słonej, morskiej wody i niewielkich ozdóbek. Przynajmniej nie był tak grobowo urządzony jak domki Hery albo Zeusa. Nie dość, że strasznie zimno, to również było wiele rzeźb z marmuru. Gdy już mieliśmy otwierać drzwi...
- Pamiętaj co masz zrobić. Wzbudź w nim zaufanie, przekonaj go do siebie, wyduś jak najwięcej informacji. A potem... he, he, he... 
Od tego złowieszczego śmiechu przechodziły mnie dreszcze. Gaja. A to oznaczało tylko jedno. Spojrzałem na Clarisse. Głoś Matki Ziemi był tak wyraźny, że miałem wrażenie, że jest tuż obok. Zaczęliśmy się powoli wycofywać, gdy nagle...
- Mmmm... zdaje mi się kochasiu, że mamy gości...
Drzwi otworzyły się z hukiem. Pamiętam tylko błysk oślepiającego światła i to, że nagle tracę równowagę. Runąłem w nicość... A wraz ze mną Clarisse...